Archiwum
Zakładki:
GALERIA
Kategorie: Wszystkie | Opowiadania | Religia
RSS
poniedziałek, 24 lipca 2006
Opowiadanie: ... Musicie mnie zabić. Daję wam na to godzinę.
- Imię i nazwisko? - Tomasz Kuczewski. - Data i miejsce urodzenia? - Osiemnasty marzec tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy rok, Kraków. - Imiona rodziców? - Antoni i Danuta. - Dobra. Co w takim razie ma nam Pan do powiedzenia? Poranne słońce wpada przez małe zakratowane okno. Uśmiechnięta, cycata blondynka na ściennym kalendarzu wesoło odbija jego promienie od odrapanych murów komisariatu. W powietrzu zapach taniej kawy i papierosów. Dwóch opasłych funkconariuszy patrzy na mnie jak na gówno, które właśnie zaczęło ostro śmierdzieć. Chcę uciec. - Pomogę Panu w takim razie nieco. Firma "TCT POSTnet" przesyłka numer 41416, doręczona do Pańskiego domu piętnastego grudnia o godzinie 11:00. Co było w tej paczce? - To był list. - Od kogo był ten list? - Przecież Pan wie. Od Krzysztofa... - Ma Pan na myśli Krzysztofa Stojewskiego? - Tak, mam na myśli Krzysztofa Stojewskiego... a w kopercie było zaproszenie. - Zaproszenie? Na co? - Na publiczną egzekucję, jego egzekucję. - Codziennie dostaje Pan takie zaproszenia? Co Pan sobie pomyślał? - To był cały Krzysztof. Każdego, kto znał go, choć odrobinę, albo przynajmniej czytał którąkolwiek z jego książek nie mogłoby to zdziwić, albo zszokować. On wiecznie robił coś zaskakującego. Czasem śmieszyło to nas wszystkich, a niekiedy tylko jego... - I naprawdę nic Pana nie zaniepokoiło, nic nie wzbudziło Pana podejrzeń? - Zaintrygowało mnie to i tyle. Pomyślałem, że organizuje pewnie jakąś imprezę, a kiedy chwilę później zadzwoniła do mnie Agnieszka to już byłem pewien. - Agnieszka? - Tak, Agnieszka! Agnieszka Moskała. Powiedziała mi, że dostała właśnie zaproszenie na egzekucję Krzyśka i nie wie za bardzo, co to ma oznaczać. Przyznałem jej się, że ja też jestem zaproszony i doszliśmy do wniosku, że czeka nas jakaś szalona impreza. - O czym jeszcze rozmawiali? - Nie wiem...nie pamiętam. Umówiliśmy się, że pojedziemy tam razem, że zabierze mnie samochodem i chyba tyle. - Co Pana łączy z Agnieszką Moskałą? Spytam inaczej. Jaki charakter ma Wasza znajomość? - Pyta Pan czy jesteśmy parą? Nie, proszę Pana, nie jesteśmy. Poznałem Agnieszkę na moim wieczorze autorskim. Przyszła wtedy z Krzysztofem jako jego kolejna kochanka. Od tamtej pory utrzymujemy luźną znajomość. - W porządku, zostawmy to na razie. Co było potem? - Pojechaliśmy na egzekucję Krzysztofa. Do Zakolczyna jedzie się jakieś cztery godziny. Śliska droga prowadząca przez zasypane teraz śniegiem świerkowe lasy. Prujemy jak szaleni mijając rozbawione rodziny w smętnie sunących samochodach. Kiedy zatrzymujemy się na światłach mała dziewczynka w aucie obok uśmiecha się do mnie rozgniatając komicznie mały nosek na szybie. Robię najgłupszą minę, jaką potrafię. Wyszczerzam zęby, robię zeza. Śmiejemy się tak do siebie przez chwilę dopóki nie wystrzelę do przodu w lśniącym BMW. Pomiędzy dudniącymi rytmami techno walącymi z głośników wyłapuję z grzeczności, co drugie słowo z opowieści Agnieszki o jej pracy i bujnym życiu zawodowym. Tak, jestem pełen uznania dla tego, co udało jej się osiągnąć. Pomimo, iż stała się teraz jednym z tych bezosobowych tytanów sukcesu, którzy potrafią tylko mówić o swojej pracy, podziwiam ją. Zaczęła jako kasjerka w kolejnym hipermarkecie. Tyrała i uczyła się po to, żeby dwa lata później stać się dyrektorem sklepu. Dzisiaj jest dyrektorem regionalnym na całą małopolskę. Początkowo ją nienawidziłem. Pojawiła się z tymi swoimi zielonymi oczami i twardym tyłkiem, a Krzysztof tak patrzył na nią... Minęło jednak kilka miesięcy i poszła w odstawkę, jak każdy inny przedtem i potem. Pamiętam jak przyszła wtedy do mnie i powiedziała, że nie wie, co ma teraz robić, że się trochę boi. Nie potrafiłem jej współczuć, nie umiałem wymyślić nic mądrego. Powiedziałem wtedy, żeby się zajęła tym, co jej najlepiej wychodzi, harówą. Trzy dni później przeprosiłem ją za to. Wypijamy teraz dwa, trzy piwa w tygodniu. Nie wiem tylko, dlaczego to właśnie ją Krzysztof zaprosił na egzekucję. Z milczącej, bezimiennego tłumu kochanków, kurew i partnerów to właśnie ją wezwał na Golgotę. Zrobił z niej reprezentantkę tych wszystkich pozostawionych w ciemnościach, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Asfalt się skończył. Wyboista droga pełna dziur i błota. Przez las. Tyle, że ciemniejszy i gęstszy. Kiedy jechałem tu po raz pierwszy byłem pijany i zły. Kolejny wydawca odrzucił moją książkę. W uzasadnieniu napisali coś o, ozdobnikach i opisowości. Ryczałem na przednim siedzeniu samochodu. Agnieszka zatrzymał się nagle, zgasiła światła. Utonęliśmy w mroku, którego tak bardzo się bałem. Powiedziała mi wtedy, że psy szczekają, ale karawana idzie dalej. Darła się, że gówno wiedzą o literaturze prawdziwej, tej pochodzącej z wnętrza człowieka. Nie pisanej dla kasy, poklasku krytyków, ani przeedukowanych historyków literatury. Zapaliła światła i wszystko stało się jasne. Mogłem ją mieć wtedy, mogę ją mieć dzisiaj, ale tylko na jej warunkach. Pod sam dom podjeżdżamy wąską ścieżką prowadzącą do studni. Nie potrafię wyobrazić sobie większego pustkowia. Drzewa, wielkie, strzeliste, a pośrodku chałupa. Z przygniłych gontów spływa topniejący śnieg, z płotu odłazi stuletnia farba. Jest zimno. Agnieszka ścisza radio, a chwilę później wyłącza je i uśmiecha się do mnie zmieszana. -To co, wysiadamy? Stoimy przed domem próbując ogarnąć wzrokiem pejzaż. -Aga, patrz! To przecież samochód Wiktora i Karoli! -Rzeczywiście. Widzę, że będzie gorąco. Karolina i Wiktor. Jestem im wdzięczny, za dowód miłości, który wnieśli razem ze sobą w moje życie. Pokazali mi, że to jest możliwe. Pomimo całej parszywości świata wypełnionego pogonią za porządnym kawałkiem mięsa oni byli ze sobą tak normalnie, tak po prostu. Tak jak bym tego chciał dla siebie. Patrzyłem na nich jak na pierwowzór, matrycę na podstawie, której miałby powstać idealny świat. Pukam z radosną euforią w stare, drewniane drzwi. - Nareście jesteście! Tylko Was brakowało. - Krzysztof, dostać się do Ciebie to prawdziwe wyzwanie! - O to mi chodziło. Przy okrągłym stole siedzi czerwony Wiktor popijający rum z pękatej szklanki, rozbawiona Karolina i Daniel, którego po raz ostatni widziałem zalanego krwią leżącego na podłodze. Krzysztof przywalił mu w zęby za komentowanie jego książki w sposób niegodny. Jak Daniel po tym wszystkim mógł się tu jeszcze pojawić? Powiedział mi później, że przecież go zaproszono. Na kolację były warzywa z makaronem i przedziwnym sosem o nieokreślonym smaku. Płonęły świece, w tle Puccini. Wiktor nie wytrzymał. Tak, jak podejrzewałem. - No Krzysztof, myślę, że jesteś winien nam wyjaśnienie... Identyczną reakcję mogło wywołać jedynie puszczenie bąka przy stole. Wszyscy uśmiechali się nieśmiało próbując ukryć ogólne zmieszanie. - Nie prosiłem Was nigdy o nic. Teraz proszę o pół godziny cierpliwości. Musicie poczekać. - Poczekać, na co? - znowu Wiktor, wyraźnie rozbawiony. - Na wyrok. Wypiłem cztery kieliszki wina i trochę Whisky z piersiówki Wiktora. Rozmawialiśmy o nowościach wydawniczych, seksie i hipermarketach Agnieszki. Patrzyłem na Krzyśka modląc się o cud. - Zapraszam Was do piwnicy. - Jeżeli chcesz nam pokazać przetwory to przynieś nam je tutaj - wystrzelił Wiktor przytulając mocniej Karolinę. - Zapraszam. Wszyscy zaczęliśmy grać. Stanowczość Krzysztofa. Nikt nie przerywał prowadzonych konwersacji, "Nessun Dorma" nadal triumfowało z głośników, ale zrobiło się jakby ciszej. Do piwnicy schodziło się przez dziurę w podłodze, za którą czekała już koślawa drabina. Nie byłem tu wcześniej. Pokój, jakieś osiemnaście metrów kwadratowych. Od podłogi do sufitu wyłożony czarnymi kaflami. Pomieszczenie zadziwiająco nie pasujące do reszty domu. Schludne, czyste, jakby dopiero, co po remoncie. Na środku pokoju fotel, a koło niego stolik. I nic więcej. Kiedy ostatni gość zszedł na dół Krzysztof kazał nam ustawić się podprzeciwległą ścianą. Nagle w błyskawicznym tempie ktoś wciągnął na górę drabinę. Metalowa klapa opadła zamykając jedyne wyjście. Zazgrzytały jakieś zamki i klucze. Zaczęło się.
Opowiadanie: ... Musicie mnie zabić. Daję wam na to godzinę.
etc... - Krzysiek, kurwa, kto jest jeszcze w domu? - rzuciła Agnieszka ukrywając strach za miękkim uśmiechem. - O tym za chwilę. - A o czym teraz? - Zaprosiłem was tutaj, ponieważ chcę coś ogłosić. Jestem nosicielem wirusa HIV. Ponieważ jestem zbyt honorowy, aby pozwolić sobie na bezskuteczną walkę ze śmiercią przy akompaniamencie niedouczonych, bezbronnych lekarzy pozwolę sobie na samodzielnie zadecydowanie o swoim końcu. Nie dopuszczę, aby ktokolwiek patrzył na mnie jak na sponiewierane chorobami truchło żebrzące o opiekę i tolerancję. Nie pozwolę również, abym przygnieciony strachem przed śmiercią pisał książki o zdychaniu w dumie i chwale. Nie będę odbierał nagród literackich, które będą mi przyznawane ze współczuciem i hipokryzją. Dlatego też w ciągu najbliższej godziny umrę. - Co Ty pierdolisz?! Chcesz się zabić?! - Nie, wy to zrobicie. Daję wam na to godzinę, dokładnie pięćdziesiąt dziewięć minut. Aby ułatwić wam decyzję wynająłem płatnego mordercę. To właśnie on odciął wam drogę ucieczki, a teraz czeka na górze. Plan jest prosty. Po upływie wyznaczonego czasu Pan X. zaglądnie do nas przez urocze okienko, które znajduje się dokładnie nad wami. Jeżeli nie zobaczy mnie z przestrzeloną głową do pomieszczenia zostanie wpuszczony cyjanowodór, który w ciągu szcześdziesięciu sekund utwierdzi was w przekonaniu, że podjęliście złą decyzję. Krzysztof podszedł do stolika i wyjął z granatowego pudełka rewolwer. Mały, niepozorny, prawdziwy. - Oto wasz wybawca. Trwało to może dziesięć sekund, a wydawało się wiecznością. Absolutna cisza. Pięć przerażonych ludzkich istnień. - Dobra Krzysiek. Było fajnie, ale teraz chodźmy się napić i zapomnijmy o całej sprawie. No Karolina, rusz się! Odruchowo wszyscy spojrzeliśmy na Karoline jakby była jedynym ratunkiem z zaistniałej sytuacji. Ona jednak biała jak zjawa osunąła się na kolana i wybuchła rozpaczliwym płaczem. - Kochanie moje, spokojnie. Wszystko jest w porządku... widzisz kurwa Krzysiek, do czego proadzą Twoje pojebane żarty? - Wiktor podniósł z ziemi bezbronne ciało i tulił je teraz jak niemowle. -Krzysiek był zadowolony. Rzadko widziałem go w tak dobrym nastroju. - O co chodzi?! O czym on bredzi?! - Wiktor...ja...ja Cię zdra... spałam z Krzysztofem, kiedy pojechałeś na stypendium do Dubrownika. Przepraszam Cię... - Wiktor! Masz, zatem teraz dwa powody, żeby wykonać ten jeden mały strzał. Tak, kochałem się z twoją Karoliną a przy okazji najprawdopodobniej zaraziłem ją HIV. Co za okrucieństwo z mojej strony. Pozwolisz żyć takiemu bydlakowi? Oglądałem to jak w zwolnionym tempie, jakby ktoś chciał dać nam czas na dokładne przeanalizowanie tej sytuacji. Wiktor odepchnął od siebie zaryczaną Karolinę, skoczyła w kierunku stolika, by chwilę później stać z przyłożonym do skroni Krzysztofa rewolwerem. Słyszałem tylko ich oddechy. Ciężkie, stanowcze, pełne woli walki i triumfu. Nikt nie zrobił nic, aby przerwać tą upiorną farsę. Wszyscy milczeli pozwalając Wiktorowi na wszystko, na co tylko miał ochotę. W naszych oczach byłby niewinny, byłby usprawiedliwiony. - Nie pozwolę ci zrobić ze mnie mordercy, koniec zabawy na Twoich warunkach! Wiktor podszedł do stolika i najspokojniej jak to było tylko możliwe odłożył rewolwer. Podszedł do mnie. Widziałem w jego oczach to wszystko, co najgorsze i najlepsze. Patrzyliśmy tak na siebie, po czym Wiktor obrócił się do nas plecami, schował twarz w dłoniach i ryknął jak małe dziecko. W tej jednej chwili Krzysztof zniszczył wszystko, co było dla mnie piękne i jasne. Nie mogłem mu tego wybaczyć. - Krzysiek, co z tobą?! Jak możesz nam to robić?! Przecież jesteśmy twoimi przyjaciółmi, kochamy cię, wspieraliśmy cię zawsze, kiedy była taka potrzeba! - Daniel zawsze wierzył, że wszystko jest biało-czarne. - Dlatego to wy, a nie kto inny, jesteście tu ze mną. Kiedy umierał faraon zamykano w piramidzie razem z nim wszystko, co było cenne i co miało dla niego znaczenie za życia. - Ale ty nie umarłeś! Żyjesz i żądasz od nas, abyśmy cię zabili! - Powiedzmy, że proszę was o to przy pomocy małych środków perswazji. - Wiesz co, Krzysiek? Myślę, że ci po prostu odjebało i to na maxa. Zawsze byłeś jebnięty, ale kiedyś to mnie nawet bawiło. Jesteś chory? Współczuję. Sam jednak jesteś sobie winny. kochałeś zawsze, co popadło nie licząc się z uczuciami innych. Podjąłeś to ryzyko sam, to teraz sam ponieś konsekwencje. Nikt z tu obecnych nie zasłużył sobie na taki los. Jesteś tchórzem i nie chcesz walczyć to strzel sobie w łeb, ale nas w to nie mieszaj! - przez te parę minut widziałem wybawcę Darka. Krzysiek uśmiechnął się tylko ironicznie i z gracją usiadł na fotelu niczym angielska królowa. - Pozostało wam dwadzieścia sześć minut. Doktor Wiktor Kowalczyk tulił w ramionach swojego studenta Karolinę Sygudę, która płacząc modliła się o życie. Bezskutecznie. Darek Moskała biegał od kąta do kąta z telefonem komórkowym w dłoni próbując złapać zasięg. Bezskutecznie. Siedzę na zimnej posadzce oparty plecami o ścianę. Zastanawiam się jak do tego doszło? Po co to wszystko? Czego to miało mnie nauczyć, a czego znów nie zrozumiem. Nienawidzę go. Z każdym oddechem, z każdym kolejny szlochem Karola coraz bardziej. Patrzę na niego i próbuję pojąć, dlaczego mnie to spotkało? Jak długo mogę karmić się bólem i pustką? Próbuję zrozumieć, dlaczego mi, nam to robi? Bezskutecznie. - Zostało wam dziesięć minut. Prawie w tej samej chwili słyszymy odgłos kroków nad nami. Ciężki i tępy. Pan X. coś otwiera, jakiś zgrzyt i skrobanie. A później znowu kroki i cisza. Agnieszka pękła. Z piskiem rzuca się do kolan Krzysztofa, obejmuje je i prosi o litość. - Proszę cię, abyś usiadła tam gdzie przed chwilą. - Agnieszka wraca na swoje miejsce niczym skarcona przedszkolak, głośno pociągając nosem. - Kochani. Nie zmuszajcie mnie bym zabrał was ze sobą. Liczę na waszą miłość i przyjaźń. Na wasze zrozumienie. Nikt z was nie ucierpi wykonując to, o co was proszę. Pan X. wypuści was po wszystkim. Zajmie się moim ścierwem tak, aby go nikt, nigdy nie znalazł. Dom spłonie. Wrócicie do siebie i będziecie żyć dalej. Zostało wam siedem minut. Agnieszka podleciały do Krzyśka i zaczął go okładać po twarzy. Zakrwawione usta wyciągnęła się w szyderczym uśmiechu. Potem sięgnąła po broń i wystrzeliła. - W którym dokładnie miejscu znajdował się Pan, kiedy padł strzał? - Nade mną było wyjście z piwnicy, właz. Siedziałem na ziemi. - Jak Pan zareagował? - Zakryłem oczy. Smród gorącej broni. Wszyscy wpatrzeni w jedno miejsce. Agnieszka klęcząc wypuszcza rewolwer z dłoni. Głuchy dźwięk. - Nie mogę! Przestrzelone oparcie fotela obnaża swoje białe wnętrze. Krzysiek patrzy z pogardą i litością. Strużka krwi ścieka mu z rozciętej wargi na niebieska koszulę. Podnosi ostrożnie rewolwer z ziemi i odkłada go na swoje miejsce. Wtedy po raz pierwszy widzę wylot w suficie, przez który patrzą na nas czarne oczy. Wiktor łapie rewolwer i celuje w szybkę nad naszymi głowami. - Nie ma sensu, Wiktor. Sufit jest pokryty tworzywem kuloodpornym. Pocisk, albo się w nie wbije, albo wróci do Ciebie. Daj spokój. - Krzysztof jest wyraźnie z siebie zadowolony. - Zostały wam dwie minuty. Pierwszego poznałem Wiktora. Krzysztof przedstawił mi go jako swojego przyjaciela ze studiów. To było jakieś cholernie nudne, bezalkoholowe przyjęcie. Wiktor podał mi swoją srebrną piersiówkę pod stołem i uśmiechnął się tak szczerze, tak po prostu. Później była Karolina i wieczory spędzone na tańcach i wódce. Następnie Darek nigdy go nie lubiłem był fałszywym kolegą.Daniel był ostatni być może, dlatego nigdy nie udało mi się go poznać. Moi przyjaciele. Teraz to wiem. - I co było dalej? - Po dwóch minutach Krzysztof poprosił nas o wybaczenie i rozsiadł się w fotelu jakby zaraz miał się zacząć seans filmowy. W okienku znowu pojawiła się ta sama para oczu. Krzysiek pomachał do niego no i się zaczęło... - Czy może Pan nam powiedzieć, co w tym czasie robili inni świadkowie? - Karolina wkleiła się Wiktora w kąt i darli się jak szaleni. Daniel klęczał koło fotela i modlił się.. .odmawiał "Ojcze Nasz". Darek leżał na ziemi w pozycji embrionalnej i powtarzał cały czas, że nie może. - I co było potem? - Było strasznie głośno, ale usłyszałem, że on otwiera zamki, a później właz. No i rzeczywiście chwilę później klapa się podniosła i usłyszałem syk... jakby się ulatniał gaz... - I co Pan zrobił? - Podleciałem do stolika, chwyciłem rewolwer i strzeliłem Krzyśkowi w głowę. Krew bryznęła mi na twarz i zacząłem się drzeć, że już wszystko w porządku, że już wszystko dobrze... - I...? - ...i przestało syczeć. Moim pierwszym opowiadaniem, które przeczytał Krzysztof, była "Egzekucja". Historia sądowego psychiatry, który zaprasza do swojego domu pięciu przyjaciół i zamyka ich w komorze gazowej grożąc im śmiercią, jeśli nie zamordują go przy pomocy rewolweru. Chciał udowodnić, że każdy może zostać mordercą. Krzysztof stwierdził, że to straszne gówno i kazał mi to opowiadanie spalić. Tak też zrobiliśmy. Po pięciu dniach policja przedstawiła mi raport śledczy. Nie było żadnego płatnego mordercy. Osobą, która odcięła nam drogę ucieczki, a następnie obserwowała nas przez dziurę w suficie był niejaki Wiesław Kurzeja. Bezrobotny sąsiad Krzysztofa, który za pięćset złotych, bez jakichkolwiek pytań, wykonał wszystkie jego polecenia. Charakterystyczny odgłos ulatniającego się gazu wywołany był przez butlę helu, którą Kurzeja w odpowiednim momencie odkręcił. Tak, wiedziałem o tym wszystkim od samego początku. Od momentu, kiedy kurier doręczył mi zaproszenie na egzekucję, aż do chwili, kiedy nacisnąłem spust. Jedynie przez moment odczułem niepewność i strach. Pomyślałem, bowiem, że Krzysztof będzie chciał rozwinąć tą historię, dopisać nowe wątki, stworzyć inne zakończenie. Z każdą chwilą utwierdzałem się jednak w przekonaniu, że to nie w jego stylu, że co najwyżej okaże się kiepskim plagiatorem. Jedyna kopia mojego opowiadania spłonęła w kominku Krzysztofa w mojej obecności. Tę historię znam tylko ja i on. I tak już pozostanie. Wybornie gram przed policją rolę przerażonej ofiary, która w dramatycznej sytuacji podjęła jedynie słuszną decyzję w obronie życia swojego i przyjaciół. W "Egzekucji" psychiatra ginie. Zabija go jego asystentka, której miłości nigdy nie chciał dostrzec, nie mówiąc już o jej odwzajemnieniu.
Gdyby Bóg
"Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia więcej, wykorzystałbym ten czas najlepiej, jak potrafię. Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem. Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie. Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi oczami tracimy 60 sekund światła. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują, budziłbym się, kiedy inni śpią. Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia, ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me ciało, ale moją duszę. Przekonywałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą, bowiem, że starzeją się właśnie, dlatego, iż unikają miłości! Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie. Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością, lecz z zapomnieniem (opuszczeniem). Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi... Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę. Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią po raz pierwszy palec swego ojca, trzyma się go już zawsze. Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł. Mów zawsze, co czujesz, i czyń, co myślisz. Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym cię mocno i modliłbym się do Boga, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem. Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie. Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć jak mi przykro, przepraszam, proszę, dziękuję i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz. Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś, więc Boga o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni. Przekaż te słowa, komu zechcesz. Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj. I jeśli tego nie zrobisz nigdy, nic się nie stanie. Teraz jest czas." M..R. Ktoś kiedyś powiedział, że: "na świecie istnieje tylko jedno prawdziwe uczucie - przyjaźń między (...)" Żyć przez ciekawość dla życia... Ciekawość, która pozwala przetrwać największe nawałnice, sprawia, że niemożliwe staje się możliwe... Ciekawość, która pozwala zrozumieć różnorodność tego wszystkiego, co mnie otacza zrozumieć to i pokochać... "Działamy w mroku, każdy z nas czyni, co może, dajemy z siebie wszystko, co mamy. Wątpienie jest naszą namiętnością, a nasza namiętność to nasze dzieło." "Jest we mnie w jakiś sposób na pierwszym miejscu ujęcie tego, co nieskończone, przed ujęciem tego, co skończone. Bo jakżebym mógł inaczej pojąć, że mam wątpliwości, że czegoś pragnę, to znaczy, że czegoś mi brak i że nie jestem zupełnie doskonały?" (M..R..) "Wypiwszy całe morze, dziwimy się, że nasze wargi są nadal suche jak plaże, i znowu szukamy morza, aby je w nim zamoczyć - nie wiedząc, że nasze wargi są plażami a my sami morzem." "Dowiedziałem się jednak, że istnieje rzeka ludzkości. Choć nadal nie wiem, co się znajduje na końcu tej płynącej rzeki. Po licznych błędach przeszłości czuję wreszcie, że zaczynam rozumieć, czego właściwie pragnę." Kiedyś dopłynę do miejsca, w którym złe myśli schodzą w najciemniejszy mrok - zamknięty obwód, a ja będę się czuł tak jakby za chwilę miało stać się coś strasznego, ale jednocześnie wyzwalającego... Fascynujące objawienie, które niezależnie od panujących wokoło ciemności - światłem, które tkwi głęboko wewnątrz mnie zmieni bieg mojego życia... Raz na zawsze...
10:59, manekny
Link Dodaj komentarz »
W POSZUKIWANIU POSZUKIWACZA JAKICHKOLWIEK WZRUSZEŃ
Tyle miłości we krwi Niesiesz każdego dnia Na jeden moment choć raz Chciałbyś komuś ją dać Gasisz swą każdą myśl Lepiej byś już zapomniał Potem będzie trudniej żyć Wszystko na próżno co masz w sobie Tyle ciepła tyle czułych słów
09:35, manekny
Link Dodaj komentarz »
PRZESTAŃ UMIERAĆ W SOBIE!!!!
bo czas ucieka wieczność trwa - przystrzyga nas po kawałku... tak więc każdy z nas stoi w szeregach jak jeden batalion doznań dobrych złych i tych innych naukowych bluźnierstw... zwierzęta wyją w bladą tarczę zegara bez wskazówek psychopata je oderwał i połknął...
09:35, manekny
Link Dodaj komentarz »